Charakter i okoliczności zatruć

Spośród wielu zatruć, zdarzających się każdego roku w Pol­sce, część dotyczy przypadkowych, tj. takich, do których docho­dzi choćby wskutek pomyłkowego wypicia substancji chemicz­nej, przechowywanej np. obok butelki z wodą mineralną, czy w wyniku spożycia przez dziecko leków pozostawionych w łatwo dostępnym miejscu.

W ogólnej statystyce zatruć przypadkowych około 1/3 przy­trafia się dzieciom, a z tego prawie 3/4 – tym do 5 roku życia. Ich liczba maleje wraz z wiekiem; najmniej zdarza się w grupie wie­kowej 7, 9 i 12 lat.

Po 12 roku życia zaczynają pojawiać się zatrucia zamierzone!

Jest to niepokojące i smutne zjawisko. Terminu zatrucie za­mierzone używa się ?na wyrost”, nie każda taka sytuacja wynika bowiem z chęci realnego pozbawienia się życia, jak przy zatruciu samobójczym.

 

Powody tych zatruć są bardzo różne. Problemy dotyczące tej grupy wiekowej mogą się dorosłym – z ich punktu widzenia – wy­dawać nieistotne, głupie, niezrozumiałe, ale dla chłopca lub dziewczyny kilkunastoletniej są sprawami tak ważnymi, że tylko samobójstwo może je rozwiązać. Rodzice powinni pamiętać o tym, że kiedyś, w wieku swoich dzieci, prawdopodobnie przeży­wali te same niepokoje i niepewności. Słyszę odpowiedź – no tak, ale myśmy się nie truli! Rzeczywiście, tego rodzaju przypadków było na pewno mniej lub, po prostu, nie wiedziano o nich. Fak­tem jest bezspornym, że zamierzonych zatruć ludzi bardzo mło­dych zdarza się coraz więcej, przede wszystkim wśród młodzieży pochodzącej z rodzin rozbitych oraz z mocno zaawansowanym problemem alkoholowym. Dzieci te, nie widząc w nich miejsca dla siebie, nie akceptowane przez niektórych rówieśników, bez perspektyw na przyszłość, próbują otruć się, widząc w tym jedy­ną drogę ucieczki lub próbę zwrócenia na siebie uwagi ?…popa­trzcie, przecież ja jestem!…”

W czasie jednego z nocnych dyżurów pogotowie ratunkowe przywiozło do izby przyjęć czternastoletnią dziewczynkę zabra­ną od babci, gdzie schroniła się przed pijanym i agresywnym ojcem. Do szpitala skierowano ją z podejrzeniem zatrucia le­kami, m. in. antybiotykami, lekami przeczyszczającymi i uspo­kajającymi. Dziewczynka była przytomna, trochę podsypiają- ca, wystraszona, płacząca. Początkowo nieufna, nie chciała po­wiedzieć, jakie leki zażyła i w jakiej ilości. Podczas rozmowy, którą prowadziliśmy przez ponad godzinę, wyznała, że uciekła z domu do babci przed ojcem, ponieważ bała się, że po raz ko­lejny będzie przez niego pobita. Wcześniej nie myślała o tym, nie zamierzała połykać leków. U babci znalazła je i myśl o po­zbawieniu się kłopotów przyszła jej do głowy nagle. Ale tak naprawdę nie chciała umrzeć. Nie było bezwzględnych wskazań do zatrzymania jej w szpitalu, jej stan i liczba połkniętych ta­bletek pozwalały na zwolnienie do domu. Dziewczynka zdecy­dowanie nie chciała wracać. Zresztą nie można było jej samej wypuścić, ponieważ nie była pełnoletnia. Została w szpitalu. Przez 3 dni żadne z rodziców, mimo powiadomienia, nie zgłosi­ło się po córkę. Dziecko wypisaliśmy z oddziału pod opiekę babci.

Jak z tego widać, zatrucie zamierzone nie zawsze wynika ze świadomego zamiaru rzeczywistego pozbawienia się życia. Czę­sto jest to demonstracja, próba zwrócenia na siebie uwagi, czasa­mi – reakcja na sytuację, z którą młody człowiek nie może sobie dać rady i nie widzi nikogo, kto mógłby mu pomóc, nawet wśród najbliższych mu osób – rodziców, rodzeństwa czy przyjaciół. Dla dzieci problemem jest pała z jednego z przedmiotów w szkole, za­grożenie na koniec semestru czy roku szkolnego, zerwanie z sym­patią. Zdarzają się także zatrucia ?dla towarzystwa” zaprzyjaź­nionych ze sobą młodych ludzi. Bywa nawet tak, że ta druga oso­ba jest w poważniejszym stanie. Z taką sytuacją spotkaliśmy się kilkakrotnie.

Do naszego ośrodka przywieziono dwie nastolatki. Jedna z nich, po kłótni z rodzicami, postanowiła się otruć, ale ponieważ nie miała odwagi zrobić tego sama, te same leki dla towarzystwa zażyła jej przyjaciółka. Połknęły jednakową liczbę tabletek; u tej drugiej objawy były poważniejsze. Szczęśliwie obie zostały wypi­sane ze szpitala, z tym że dziewczyna, która miała – jak sądziła – powód do samobójstwa, wyszła kilka dni wcześniej.

Istotnym elementem działalności ośrodka jest próba pomocy, zwykle doraźnej, ale czasami wystarczającej do poznania przez pacjentów przyczyn ich kroku samobójczego. Zaangażowany w tę pracę jest lekarz psychiatra, który wie najlepiej, ile nie­szczęść, autentycznych problemów i przyczyn kryje za sobą akt rozpaczy, jakim jest targnięcie się na swoje życie.

Istnieje zasada, że każdy chory przyjęty do ośrodka konsulto­wany jest przez psychiatrę. Ośrodek nie ogranicza się więc do le­czenia zmian wywołanych przez działanie substancji toksycz­nych, próbuje także, z chwilą zażegnania bezpośredniego zagro­żenia zdrowia pacjenta, uzdrowić ?duszę”. Nie wiadomo, jaki jest efekt tych wielogodzinnych rozmów. Najczęściej ludzie ci nie wracają do nas, ale czy ich problemy przestały istnieć? Wypisując pacjenta do domu mamy nadzieję, że chociaż częściowo mu po­mogliśmy. Nawet najlepszy psychiatra nie jest w stanie rozwiązać konfliktów istniejących pomiędzy dziećmi i rodzicami czy żoną i mężem. Może jedynie próbować znaleźć przyczyny, wskazać drogi wyjścia z sytuacji.

Zatruciom zamierzonym – samobójczym, dokonywanym ze zdeterminowaną intencją pozbawienia się życia, ulegają najczę­ściej chorzy z wcześniej rozpoznaną chorobą psychiczną lub osoby, u których próba ta jest pierwszym jej symptomem. Prze­biegają one bardzo poważnie, czasami wręcz dramatycznie, ale równie wstrząsające są samobójstwa u osób przedtem zdrowych psychicznie, które z jakichś niezmiernie istotnych dla nich powo­dów targają się na życie.

 

Do izby przyjęć szpitala pogotowie przywiozło szesnastolet­nią dziewczynę z rozpoznaniem zatrucia lekami. Z wywiadów, które zdążyliśmy jeszcze z nią przeprowadzić, dowiedzieliśmy się, że dwie godziny wcześniej zażyła kilka gramów leku z grupy betablokerów, czyli stosowanych m. in. w chorobach serca i w nadciśnieniu tętniczym. Kolega, który wstępnie badał pa­cjentkę, określił jej stan jako zadowalający – była przytomna, z logicznym kontaktem, ciśnienie tętnicze w normie; z odchyleń od stanu prawidłowego stwierdzał jedynie nieco zwolnioną czyn­ność serca. Ponieważ dawka zażytego leku była bardzo duża, zdecydował o przyjęciu chorej do ośrodka zatruć. W czasie transportu do oddziału spadło nagłe ciśnienie, czynność serca niebezpiecznie zwolniła się. Na salę ?R” została przyjęta nie­przytomna, z objawami wstrząsu – z nieoznaczalnym ciśnie­niem tętniczym, z czynnością serca około 20 uderzeń na minutę. W takich sytuacjach, aby nie stracić chorej, należy jak najszyb­ciej podjąć czynności resuscytacyjno-reanimacyjne. Pacjentka została zaintubowana, jedna z pielęgniarek prowadziła sztuczne oddychanie za pomocą worka Ambu. Chora otrzymywała płyny infuzyjne łącznie z lekami podwyższającymi ciśnienie tętnicze i przyspieszającymi czynność serca. Rezultatu praktycznie nie było. Na ekranie monitorującym czynność serca obserwowałi- śmy zmienny obraz zapisu – od bardzo wolnego rytmu zatoko­wego, poprzez rytm węzłowy do całkowitego bloku serca. Cały czas prowadziliśmy zewnętrzny masaż serca. Ponieważ leki po­dawane dożylnie nie dawały efektu w postaci przyspieszenia czynności serca i tym samym przywrócenia jego hemodyna­micznej skuteczności, jedyną szansą na uratowanie dziewczyny było założenie zewnętrznego układu elektrycznego stymulujące­go pracę serca. Można go opisać jako cienki przewód elektrycz­ny, wprowadzony przez w miarę duże naczynie krwionośne bez­pośrednio do serca, który ma za zadanie utrzymać, poprzez wy­twarzane na zewnątrz bodźce elektryczne, prawidłową hemody­namicznie (tłoczącą krew) pracę serca. Na zewnątrz przewód połączony jest z bateryjnym generatorem bodźców elektrycz­nych, końcówka wewnętrzna elektrody, dotykając ściany serca, powoduje, że mięsień przyjmując wyładowanie elektryczne od­powiada skurczem.

Z wkłucia do żyły podobojczykowej, w czym dopomógł nam anestezjolog, założyliśmy elektrodę endokawitarną. Jednak i jej skuteczność była mocno ograniczona. Ze względu na koniecz­ność prowadzenia ciągłego zewnętrznego masażu serca elektro­da nie miała dużych szans na utrzymanie się w jednej pozycji. Raz bodźce były skuteczne i serce odpowiadało skurczem, czę­ściej jednak były one nieefektywne. Ciągła, nie przerwana ani na jedną chwilę reanimacja trwała prawie cztery godziny. Stopnio­wo ?odzyskiwaliśmy” własną czynność serca pacjentki, przemi­janie bloku serca, wzrost ciśnienia tętniczego. Dawka leku, któ­rą zażyła ta dziewczyna, opisywana jest w literaturze toksykolo­gicznej jako dawka śmiertelna. Okres półtrwania tego leku wy­nosi kilka godzin; można więc przypuścić, że w ciągu wielu go­dzin ofiarnej pracy i determinacji w ratowaniu tej chorej – lek częściowo zmetabolizował się i jego stężenie obniżyło się na tyle, aby przestał stwarzać zagrożenie dla życia. W czasie reanimacji rozważaliśmy także podjęcie próby wykonania hemodializy, czy­li eliminacji trucizny metodą pozaustrojową, za pomocą aparatu sztucznej nerki. Lek, który był przyczyną zatrucia, jako jeden

z bardzo nielicznych w tej grupie, podlega skutecznej dializie. Jednak aby zabieg ten został wykonany, muszą być spełnione pewne warunki, a w tym konkretnym przypadku nie było to możliwe. Pacjentka po kilku dniach została wypisana do domu praktycznie bez żadnych konsekwencji zdrowotnych.

Powodem próby samobójstwa dziewczyny okazały się brak akceptacji i niechęć rodziców do jej o kilka lat starszego chłopa­ka. W ciągu kilkunastu lat mojej pracy w ośrodku takich sytuacji było znacznie więcej, ale niestety nie wszystkie zakończone ura­towaniem chorego.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.